Dlaczego pietruszka nie rośnie i inne ciekawostki

 

W naszym domu pietruszka nie rośnie. To znaczy rosła, ale ogólnie nie ma sensu jej siać, bo jej żywot jest bardzo krótki i to bynajmniej nie z powodu jedzenia jej. Podobnie jest z retuzami i niemal każdymi innymi niewielkich rozmiarów roślinami. Jedynie kaktusy jakoś dają radę, ale też nie wyglądają zbyt imponująco.
 
Poza tym w naszym domu niektóre przedmioty czasami się przewracają, ale absolutnie nikt się do tego nie przyznaje.
Porządkowanie naszej domowej biblioteki przypomina trochę syzyfowe prace, ponieważ i tak regularnie z naszych regałów wysuwają się (a nierzadko też i spadają) książki.
   
Te pręty naszej suszarki do bielizny, które jeszcze pozostały, są mocno sfatygowane i coraz mocniej się wyginają.
Do tego zatykają się odpływy sanitarne.
   
No i firanki u nas się jakoś nie przyjmują.

 

Za to nasz dom jest pełen kocich przyjaciół.

Jest z nami domowy długowłosy rudzielec Manco vel Piękny Marian, zwany zwyczajnie Maniusiem, Mańkiem, często także Stefkiem Burczymuchą (gdy mu coś nie pasuje i musi to wszystkim obwieścić) czy Marianem Peszkiem (gdy zakłopotany obecnością innych kotów przestaje się bawić). Do tego Marian bywa Kotem Schrödingera w wersji Pratchetta: nieraz zdarzało mu się zniknąć w niewielkim pomieszczeniu, z którego nie było możliwości wyjścia, by nagle się cudownie pojawić i patrzeć na nas beztrosko lub, co gorsza, z politowaniem. Przykład fantastycznego radzenia sobie z czasoprzestrzenią!

Jego towarzyszką od najmłodszych lat jest czarna szylkretka rasy Maine Coon, nazywana w domu Imrą (imię to wzięło się ze skeczu kabaretu Mumio - tak absurdalnego jak rysunek na jej pyszczku), oficjalnie zaś - Femaną. Naszych pieszczot łaknie jak wody, ale całą kocią gromadę trzyma w ryzach. To niekwestionowana szefowa naszej drużyny, zdecydowanie nie pozwalająca na zaburzenia w hierarchii. Niech no tylko ktoś spróbuje... Ale zazwyczaj wystarcza groźne spojrzenie Imry i już jest spokój.

 

Absolutnie niekonfliktowy kocurek, rozkoszny czarny dymny z białym MCO Lao, Lalunio oficjalnie znany jest jako Ramses, ale nie pasowało nam to imię, zaś skrócone "Rami"; brzmiało identycznie jak "Imra", zaczęliśmy więc głośno się zastanawiać jak na niego wołać. I sam nam powiedział: Laaaoooooooo... Laaaaooooooooo... Do dziś, gdy jest w fantastycznym nastroju (a zazwyczaj tak jest), objawia całemu światu swoje imię.

 

 

Turbodoładowany czarny korek Cecyl (tudzież Cycek) uważa, że przejście prostą drogą jest nudne. Ba! Przebiegnięcie prostą drogą jest nudne! Dlatego urozmaica sobie trasy odbijając się od ścian czy mebli - ot, tak! A że czasem coś na tych meblach stoi, to po takim wyczynie najprawdopodobniej zmienia nie tylko położenie, ale i kształt - zazwyczaj nieodwracalnie. 

Jako ostatnia dołączyła do nas szylkretowa czarna dymna młoda koteczka MCO, przesłodka grubaska Hanuta, która od pierwszego wejrzenia jest po uszy zakochana w Laluniu. Ta rozczulająca istotka, gdy już się na coś skarży - robi to niezwykle cichutko, lecz gdy mruczy - robi to tak głośno, że odgłosy przypominają chrumkanie malutkiej świnki.

Nasz dom bez kotów nie byłby prawdziwym domem. Na szczęście jest!



Witamy w YANOI!

 


A dlaczego "YANOI"? A jakżeby inaczej? Koty towarzyszą mi od dzieciństwa. 
Krótko- i długowłose. Różnego umaszczenia. Odmiennych usposobień.
Uwielbiam ich kojące mruczenie, podziwiam gibkość i zwinność. Przepadam za 
wspólnymi zabawami. Układający się na kolanach kot wprawia mnie w doskonały 
nastrój. Mogę o nich rozprawiać godzinami. Ubóstwiam koty!
Wszyscy wiedzą, że jeśli ja, to też i one.
Ja, no i koty.
YANOI

P.S. Gdyby nie koty, nie poznałabym wielu wspaniałych ludzi.
Ja, przyjaciele, no i koty.
MYNOI ;)